"Bezimienna i kosmiczna" mapa Drohobycza Drukuj
wtorek, 04 maj 2010
image_007.jpgBezimienna i kosmiczna” mapa Drohobycza według Brunona Schulza


Pamięci Profesora Władysława Panasa

„Tuż za rogatkami mapa kraju staje się bezimienna i kosmiczna, jak Kanaan” – tak powiedział Bruno Schulz w opowiadaniu Republika marzeń o mapie Drohobycza.
Drohobycz, jak też miejsce samego Schulza na współczesnej mapie miasta, może odkryć każdy, kto tutaj przybędzie. Pytanie tylko, jakie to będzie odkrycie, jakie uczucia ono wywoła, czy każdy odkrywca potrafi jednocześnie cieszyć się z dotknięcia tego, co autentyczne, a zarazem  smucić się tym, co wyłania się z każdego zakątka tego niegdyś pięknego miasta, coraz bardziej zatracającego swoją esencję z powodu zapomnienia i marnotrawienia śladów przeszłości przez obecnych mieszkańców. Mimo wszystko, Drohobycz Schulzowski nadal trwa i czasami  zaskakuje żywotnością przybyszów, którzy nie wierzyli, że to miasto naprawdę istnieje. A ono istnieje, jak powiedziałby Schulz, „na własne ryzyko na samym brzegu wieczności”.     
Czy da się obecnie odtworzyć „bezimienną i kosmiczną” mapę miasta o nazwie Drohobycz „według Brunona Schulza” i z myślą o Brunonie Schulzu? Jak powiedziałaby Wisława Szymborska, „niejedna chwiejna odpowiedź na to pytanie już padła”. Ale próbować zawsze można, i dobrze, że są odważni, którzy próbują. Próbują odtwarzać, a w trakcie tego procesu nieuniknione staje się tworzenie na nowo, co jest efektem gry wyobraźni, a niekiedy nawet mistyfikacji. Pierwszym odważnym był Jerzy Maria Pilecki. Jego misję obecnie kontynuuje i unowocześnia Jerzy J.  Bojarski, któremu chętnie w jego odkryciach towarzyszę.
Władysław Panas pozostawił na pożegnanie miłośnikom Schulza i przyjaciołom Drohobycza książeczkę zatytułowaną Willa Bianki. Mały przewodnik drohobycki dla przyjaciół, w której zaprasza na spacer z pisarzem po jego mieście. Spacer ten jest rodzajem wędrówki śladami „zewnętrznej biografii” Brunona Schulza i wkracza w jego „topografię wewnętrzną”.
Razem z Władysławem Panasem mijamy zachodni róg rynku, gdzie stał rodzinny dom Schulzów, który w czasach I wojny światowej spłonął w pożarze (pożar ten został wyraziście uchwycony na jednym z rysunków Feliksa Lachowicza) – tam 12 lipca 1892 roku przyszedł na świat Bruno Schulz. Dalej odwiedzamy dom przy dawnej ulicy Floriańskiej (zachowany do dziś przy obecnej ulicy Jurija Drohobycza), gdzie autor Xięgi bałwochwalczej tworzył i mieszkał w trudnych warunkach materialnych i emocjonalnych. To właśnie rycinę z Xięgi bałwochwalczej zobaczył na ścianie pokoju Schulza w tymże mieszkaniu jego uzdolniony uczeń, Harry Zeimer, którego pisarz, jako nauczyciel rysunku, zaprosił na prywatną rozmowę. Zeimer wspomina o swoim zmieszaniu podczas owej wizyty w domu Schulza oraz o innych z nim spotkaniach w listach. Niepublikowane listy Zeimera i innych uczniów artysty znajdują się w Pokoju Schulzowskim w dawnym gimnazjum im. Władysława Jagiełły, czyli w gabinecie profesorskim obok pracowni, w której pisarz prowadził zajęcia z robót ręcznych i rysunku. Ekspozycję, stanowiącą tzw. wstępną wersję Muzeum Brunona Schulza, po konsultacjach z Jerzym Ficowskim i Władysławem Panasem, 19 listopada 2003 roku otworzyło Polonistyczne Centrum Naukowo-Informacyjne przy Uniwersytecie Pedagogicznym, a  inicjatorem jej powstania był Igor Meniok (1973–2005). Właśnie tam prowadzi nas dalej w swoim przewodniku Władysław Panas – we wspomnianym gimnazjum, przy dawnej ulicy Sienkiewicza, Schulz najpierw był uczniem, później nauczycielem. Obecnie w tymże budynku (dzisiaj ulica Iwana Franki 24) mieści się główny gmach Uniwersytetu.  
Wspólnie ze swoimi czytelnikami Władysław Panas pokonuje dwie trasy. Pierwsza – to droga Schulza-ucznia z domu w rynku do szkoły, tzw. szkoły białej przy ulicy Szkolnej, która zachowała swoją nazwę do dziś. Druga trasa, nieco dłuższa, prowadzi z domu przy ulicy Floriańskiej do miejsca pracy artysty. Biegnie ona ulicą Floriańską i skręca w prawo na Szewczenki (dawniej  Mickiewicza) – w jedną z najpiękniejszych ulic drohobyckich z okazałymi secesyjnymi willami z balkonami, balustradami, wytwornymi elementami architektonicznymi, które Schulz uwielbiał opisywać. Tutaj też można zobaczyć, rzadkie gdzieindziej, sławne drohobyckie posadzki. Obok przedwojennego Fotoplastikonu droga zmienia swój kierunek – skręca w lewo, w ulicę Mickiewicza (inna znana nazwa: Pańska, obecnie, jak pisałam, Szewczenki) – tam, gdzie było reprezentacyjne drohobyckie corso. Przy pomniku Mickiewicza należy skręcić do parku, który znajduje się na zapleczu Gimnazjum Żeńskiego, gdzie Schulz dorywczo uczył rysunku, podobnie jak w Prywatnym Gimnazjum Blatta czy w Gimnazjum Elizy Orzeszkowej; park otwiera piękny o każdej porze roku widok na Państwowe Gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły (pierwotnie w budynku mieściło  się Gimnazjum Franciszka Józefa, gdzie Schulz się uczył). Jesteśmy na miejscu. Skończyliśmy drugą trasę Schulzowską według Profesora Panasa. Skończyliśmy, ale pozostało marzenie, żeby na końcu  trasy, w parku przed budynkiem gimnazjum im. Władysława Jagiełły, stała ławeczka, na której siedziałby Bruno Schulz w jesiennym ciemnym lub wiosennym jasnym garniturze i patrzył na nas spod kapelusza. Zostało nam jeszcze jedno marzenie: żeby w domu na Floriańskiej powstało prawdziwe Muzeum Brunona Schulza. Niechby to było niezwykłe Muzeum Mitu, gdzie można wędrować po pokojach, zanurzając się w atmosferę Wichury, Sklepów cynamonowych, Genialnej epoki, Martwego sezonu, Republiki marzeń, Wiosny i innych tekstów Schulza.
Profesor Panas zmienia kierunek ruchu i prowadzi nas do domu Jochmana przy ulicy św. Jana (obecnie Tarnawskiego), gdzie podczas okupacji niemieckiej była kwatera gestapowca Feliksa Landaua – tam Schulz na jego zlecenie wykonał ostatnie swoje prace, których większa część w znanych, skandalicznych okolicznościach trafiła w 2001 roku do Yad Vashem, a  pozostałości znajdują się w magazynach regionalnego Muzeum „Drohobyczyna”. Wreszcie,  zgodnie z logiką koła „biografii zewnętrznej”, autor Willi Bianki każe zatrzymać się w miejscu, gdzie zginął Bruno Schulz: naprzeciwko Judenratu, obok parku (dawny obszar plebanii rzymsko-katolickiej), gdzie stały pomniki najpierw Stalina, później Lenina, a obecnie stoi wielki pomnik Stepana Bandery, na rogu dawnej ulicy Czackiego (na jej końcu zaczynało się getto), z widokiem na kościół św. Bartłomieja. To piękne miejsce. Tam, jeśli wierzymy większości świadków, przed południem 19 listopada 1942 roku padł na bruk zastrzelony przez niemieckiego oficera Karla Günthera jeden z najwybitniejszych pisarzy XX wieku – Bruno Schulz.
W tym miejscu 19 listopada 2006 roku, w ostatnim dniu II Międzynarodowego Festiwalu Brunona Schulza, odbyła się tradycyjna wspólna modlitwa i odsłonięto pamiątkową  tablicę zaprojektowaną przez lubelskiego artystę Andrzeja Antoniego Widelskiego, ufundowaną przez Fundację Janusza Palikota. Napis na tablicy dużo wcześniej skonsultowano z Jerzym Ficowskim i Władysławem Panasem. W przeddzień III Festiwalu Schulzowskiego, w nocy z 6 na 7 maja 2008 roku, tablicę skradziono i zniszczono. Miejsce po niej jest puste, ale nie całkiem; święte miejsce puste przecież nie pozostanie.
Kiedy wracamy do 19 listopada 1942 roku, pojawia się w myślach jeszcze inna trajektoria – prowadząca od tragicznego miejsca śmierci Schulza aż na koniec miasta, do Dworca Głównego, skąd kilka dni później, dzięki staraniom Zofii Nałkowskiej i innych przyjaciół, pisarz mógł wyjechać do Warszawy. Mógł się uratować. Z tego powodu dworzec w Drohobyczu staje się miejscem szczególnym – miejscem niespełnionej ucieczki Schulza. Niespełnionej w sensie głębszym, ponieważ nigdy nie zamierzał on na dłużej opuścić swojego miasta. Wyruszał z dworca, ale niezbyt często. Nawet gdy bardzo chciał wyjechać i walczył o to, jak było w przypadku planowanej wyprawy do Paryża, to zniechęcony i zmęczony wracał w „zrównoważoną ciszę” Drohobycza. Warszawa go zawsze męczyła, nie chciał tam zamieszkać. Czasami nawet bał się jej.
Wróćmy do przewodnika. Teraz bowiem, po rytualnej pielgrzymce stacjami życia i męki pisarza, Profesor Panas proponuje, abyśmy pogrążyli się w zadumie np. w „restorancziku” przy ulicy Brunona Schulza. Tak, jest taka uliczka na mapie współczesnego Drohobycza – dziwna, co prawda,  ślepa, nigdzie nie prowadzi i wygląda jak jedna z nielubianych przez pisarza ulic-pułapek warszawskich.  Co za ironia losu. Tym niemniej, jest w Drohobyczu ulica Schulza. Naprzeciwko niej stoi wielki narożny budynek Synagogi Reformowanej (Postępowej), gdzie obecnie mieści się klub sportowy i nigdy nie można wejść do środka.
Koło „biografii zewnętrznej” Brunona Schulza rzeczywiście zamyka się w swoistym kole  topograficznym: obok siebie są miejsca, w których artysta urodził się i zginął. A jednak koło to jest niedomknięte i jak gdyby cały czas czeka na wypełnienie, na odkrycie w nim nowych punktów – nie tylko topograficznych i nie tylko tych, które mieszczą się w „biografii zewnętrznej” artysty. „Biografia wewnętrzna” Schulza, wynikająca z jego twórczości, przygotowała dla nas nieskończone tajemnice i zagadki, magnetyczne szyfry i znaki. Władysław Panas odkrył niejedną tajemnicę i deszyfrował niejeden kod, a jednak nie mógł odżałować, że nieznane mu pozostały trzy ważne w Schulzowskim świecie adresy: „wspaniale zaopatrzonych w fantastyczne przedmioty sklepów cynamonowych”, gabinetu tajemniczego kolekcjonera z „Ulicy Krokodyli” i sanatorium „Pod Klepsydrą” z demonicznym doktorem Gotardem. Ale bardzo był szczęśliwy, że udało mu się odkryć „inną z wielkich tajemnic drohobyckiej topografii”, jeden z najważniejszych adresów: „Willę Bianki”, znakomicie opisaną przez Schulza w Wiośnie. Dzięki Profesorowi Panasowi mamy na mapie Drohobycza ten, szczególnie ważny, adres literacki i punkt topograficzny.
Przestrzeń Drohobycza jest wciąż otwarta. Możemy kontynuować spacer, w każdym z kolejnych punktów mapy myśląc o Brunonie Schulzu, przeplatając jego „biografię zewnętrzną” z „biografią wewnętrzną”. Z pewnością zatrzymamy się, i to nie raz, w Rynku, opisywanym przez pisarza w czasie sierpniowych upałów, pustoszących kamienice i balkony, i dzikiej wichury zimowej.  Zajrzymy na niejedno podwórko, żeby poszukać tych niewłaściwych schodów, z których powodu w Schulzowskim świecie „dostawało się zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków, niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się o początkowym celu wyprawy”.
Z jednego rogu Rynku oglądać będziemy cerkiew św. Trójcy, którą autor porównał do „ogromnej koszuli Boga”, z drugiego – kościół św. Bartłomieja; jeśli będzie to wieczór, uda nam się zobaczyć stado wron, od których nie można się opędzić, i które „na kształt żywych czarnych liści” obsiadają gałęzie drzew koło kościoła. Zamieszkują one też drzewa obok Synagogi Wielkiej i dach tej obecnie bardzo zniszczonej budowli, w której za czasów sowieckich był sklep i magazyn z meblami.
Oglądając ratusz, dawne kamieniczki w kwadracie Rynku (jedna tylko pierzeja zachowała się  w całości) i przechodniów, do zmierzchu zatrzymamy się właśnie tam, ażeby mimo ostrzeżeń  Schulza, że „niepodobna iść Podwalem ani żadną inną z ciemnych ulic”, znaleźć jednak tę tajemniczą uliczkę (Podwale) – jedną z tych, które „są odwrotną stroną, niejako podszewką czterech linii rynku”. Następnego dnia znowu tu wrócimy, żeby od Rynku zaczynać główne trasy wędrówki.
Udamy się najpierw na ulicę Mickiewicza, główną w przedwojennym Drohobyczu;  znajdziemy tam: piękną secesyjną willę Rajmunda Jarosza, burmistrza Drohobycza i wielkiego mecenasa kultury (podczas okupacji niemieckiej było tam kasyno, gdzie wisiał duży obraz olejny  Schulza); Gimnazjum Żeńskie; Dom Starców Żydowskich (z miejscem po synagodze w środku), gdzie na zlecenie Niemców Schulz segregował książki, m.in. bardzo rzadkie egzemplarze przywiezione z Kolegium Jezuitów z Chyrowa; Dom Sokołów; wspomnianą już „Willę Bianki” (obecnie Pałac Sztuki). Po drodze obok kościoła skręcimy w lewo i zatrzymamy się przy Poczcie Głównej z myślą o tym, że to stąd Bruno wysyłał swoje listy do adresatów, z których większość zginęła, jak i zaginęła większość listów. Pójdziemy dalej i znowu skręcimy w lewo, na ulicę Szewczenki, gdzie już byliśmy wcześniej z Profesorem Panasem, a teraz wrócimy, żeby zobaczyć dwa domy o szczególnym znaczeniu w biografii pisarza: dom znanego drohobyckiego księgarza Pilpla, z którego synem, Mundkiem, Bruno był bardzo zaprzyjaźniony i od którego pożyczał książki, oraz dom, w którym mieściło się atelier fotograficzne Bertolda Schenkelbacha – to on  przyczynił się do tego, że Schulz mógł poznać technikę graficzną, którą wykonał Xięgę bałwochwalczą.
Kolejna trasa zaprowadzi nas z Rynku na ulicę Sienkiewicza, gdzie zobaczymy kilka pięknych starych kamienic i typowy sowiecki Dom Kultury z potężnymi kolumnami; dojdziemy jeszcze raz do budynku gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły, miniemy regionalne Muzeum „Drohobyczyna” i zatrzymamy się przed pałacem, gdzie mieściło się Starostwo Powiatowe. Wreszcie dojdziemy do skrzyżowania dawnych Sienkiewicza, Sobieskiego i Liszniańskiej – prawie na koniec tej ulicy (czytaj: na koniec Drohobycza) dostał się Józef podczas nocnej eskapady w poszukiwaniu sklepów cynamonowych. Obecnie to ulice Iwana Franki, Łesi Ukrainki i Samborska.
Stąd możemy wracać do Rynku tym razem ulicą Sobieskiego, skręcając z Sienkiewicza w prawo. Przedtem możemy chwilę odpocząć w restauracyjce o zaskakującej nazwie „Alibi” na rogu Sienkiewicza i Sobieskiego. Idąc ulicą Sobieskiego, mamy pierwszą uliczkę po lewej – to dawna Felnerówka, na której rogu było Prywatne Gimnazjum Sternbacha, przeniesione później na  Szaszkiewicza jako Prywatne Gimnazjum Blatta. Trochę dalej na Sobieskiego znajdziemy okazałą kamienicę z czerwonej cegły – to Dom Sierot Żydowskich z wyraźną częścią synagogalną pośrodku. Tutaj, jak i w kilku innych miejscach Drohobycza, na zlecenie Niemców Schulz wykonywał różne prace. Według książki Drohobycz, Drohobycz… Henryka Grynberga oraz wspomnień Harry’ego Zeimera, w tym budynku malował na suficie – właśnie pod sufitem widziano go na rusztowaniach,
a Zeimer mieszał farby i podawał mu pędzle. Obecnie w Domu Sierot Żydowskich mieszczą się dwa wydziały uniwersyteckie, a naprzeciwko zdziczały park, łączący Sobieskiego i Sienkiewicza. Jeszcze niżej, na rogu Sobieskiego i św. Bartłomieja (obecnie Iwana Czmoły), znajdziemy dom Halpernów z przedwojenną drewnianą altanką – to tutaj pisarz przychodził, żeby spotkać się i porozmawiać z Romaną Halpern, a później nostalgicznie wspominał o wiosennych spacerach w lasku brzozowym, który był tuż za domem. Można też zajrzeć na chwilę na św. Bartłomieja, gdzie stoi dom Moroniów – tam Schulz ukrywał się krótko z siostrą Hanią. Kiedy wrócimy na Sobieskiego, dojdziemy do placu z pomnikiem Tarasa Szewczenki (młodego – można go pomylić np. z Puszkinem, bo wszędzie na Ukrainie na pomnikach Szewczenko jest ukazany w wieku dojrzałym), który będzie po prawej. Z tyłu pomnika, też po prawej, znajduje się mała uliczka Grabarska (obecnie Łysenki), gdzie stoi dom narzeczonej Brunona Schulza, Józefiny Szelińskiej – ochrzczonej Żydówki, dla której pisarz wypisał się z Gminy Żydowskiej, chcąc się z nią ożenić, a później ubolewał, że ich związek się rozpadł.
Pomnik Szewczenki stoi na obszarze dzielnicy żydowskiej Łan, która ciągnęła się w stronę Synagogi Wielkiej, aż do tzw. Starego Cmentarza Żydowskiego. To tutaj było getto. W miejscu, gdzie obecnie jest plac z pomnikiem, przebiegała malutka uliczka Stolarska, po której nie został  żaden ślad. Nie został też ślad po małym domku, w którym mieszkał w getcie pisarz  
z rodziną. Nieprzypadkowo Schulz lubił rysować małe rozsypujące się domki tuż przed wojną; gdy go pytano, po co rysuje nędzę, mówił, że pragnie zatrzymać świat, którego za chwilę nie będzie.
Jesteśmy wciąż w żydowskiej dzielnicy Łan, idziemy dalej ulicą Sobieskiego, zostawiając za sobą po prawej ruinę kina z lat 70. XX wieku z pustym cementowym basenem nieistniejącej fontanny, przy której siedzą bezdomni (mieszkańcy do tej pory umawiają się „przy fontannie”); dalej mijamy stragany targu, gdzie handluje się nabiałem i warzywami; wreszcie dochodzimy do skrzyżowania z ulicą Leona Reicha (obecnie Pyłypa Orłyka). Tu skręcamy w lewo i zatrzymujemy się na dłużej przy jednej z największych synagog w Galicji Wschodniej – to Synagoga Wielka (Chóralna). Widzimy jej przepych, odkryte napisy nad wejściem, piękne elementy architektoniczne, okna z resztkami szyb. Najprawdopodobniej Schulz nie zaglądał do synagogi. Wiemy natomiast, że często chodził z uczniami do kościoła św. Bartłomieja i, jeśli wierzyć Andrzejowi Chciukowi, zamierzał namalować Chrystusa.
Ulicą Reicha możemy kierować się do góry: po lewej, gdzie za nową okazałą cerkwią prawosławną stoją bloki, znajdował się tzw. Stary Cmentarz Żydowski, którego obszar zamykała uliczka Cmentarna (obecnie bez nazwy). To tutaj mogli być pochowani rodzice Brunona Schulza. Na samym końcu ulicy jest tzw. Nowy Cmentarz Żydowski, gdzie zachowało się niewiele grobów żydowskich. Po prawej stronie, około 10 metrów od muru cmentarnego, można dostrzec zbiorową  mogiłę ofiar „dzikiego czwartku”; w tejże mogile, lub obok, 20 listopada 1942 roku Żydzi, pracownicy Judenratu, którym następnego dnia po krwawej akcji kazano zabrać trupy, ponieważ, jak mówiono, śmierdziały, pochowali najprawdopodobniej także Brunona Schulza.
Może warto teraz powrócić do Rynku, by stamtąd rozpocząć kolejną wędrówkę. Tym razem pójdziemy w dół od znanego już nam zachodniego rogu Rynku: mijając kościół i pomnik Jurija Drohobycza, zostawiając za sobą po prawej stronie piękną narożną kamienicę, czyli dom piekarza Niewiadomskiego, wkroczymy w ulicę Żupną. Po lewej mamy restaurację „Randewu”, gdzie możemy odpocząć. Dojdziemy Żupną do końca, żeby zobaczyć dwie zabytkowe piękne drewniane cerkwie: pod górkę, po lewej, przy ulicy Słony Stawek cerkiew św. Jura, a po prawej, przy ulicy św. Krzyża (obecnie Zwarycka), na skrzyżowaniu z Solną (obecnie Strzelców Siczowych), cerkiew św. Krzyża. Nie ulega wątpliwości, że Schulz niejednokrotnie obie oglądał.
I z powrotem jesteśmy w Rynku. Stoimy przy narożnej aptece Gorgoniusza Tobiaszka (naprzeciw pierzei łączącej cerkiew św. Trójcy i kościół św. Bartłomieja), gdzie do dziś zachowały się pachnące dawnymi czasami drewniane meble, ale nie pachnie już, niestety, sokiem malinowym. Schodzimy w dół, do teatru – to ulica, którą Jerzy Ficowski w Regionach wielkiej herezji zidentyfikował jako „Ulicę Krokodyli”. I tak się przyjęło. Każdy chce tutaj koniecznie zrobić sobie zdjęcie. Idziemy dalej, zostawiając po prawej stronie Plac Teatralny. Po lewej zobaczymy okazały budynek, gdzie mieściły się Hale Targowe, za nimi znaną już Synagogę Reformowaną, dalej, na rogu ulicy Stryjskiej, wypatrzymy kamienicę, gdzie była apteka „Pod Archaniołem”. Od niej w prawo biegnie ulica Stryjska, wyznaczająca drogę w kierunku Stryja i Lwowa. Być może tę aptekę miał na myśli Schulz, gdy opisywał miejsce, od którego zaczyna się „Ulica Krokodyli”? Mówił o tej części miasta, gdzie traci ono dekorum architektoniczne i zmienia się w dzielnicę, w której  wszystko jest w zawieszeniu, nic nie dochodzi do skutku, a na jej końcu rysują się tory kolejowe. Tak to widzimy do dzisiaj, gdy stoimy na rogu Stryjskiej przy dawnej aptece „Pod Archaniołem”.
Dalej spacerujemy Stryjską. Po lewej mijamy cerkiew św. Piotra i Pawła, okazały budynek dawnego Sądu Grodzkiego, gdzie w swoim czasie znajdowało się więzienie NKWD, a teraz mieszczą się dwa wydziały uniwersyteckie. Naprzeciwko Sądu, po prawej stronie, możemy podziwiać rozkoszną kamienicę – dom Henryka Rozenbuscha, gdzie obecnie mieści się główna siedziba milicji. Mijamy kilka kamienic za domem Rozenbuscha i skręcamy w pierwszą uliczkę w prawo.
Tak trafimy na Wójtowską Górę, dość długą ulicę zabudowaną głównie domami parterowymi; to polska dzielnica Drohobycza, do tej pory mieszka tu większość polskich rodzin.
Z Wójtowskiej Góry otwiera się piękny widok na Rynek i przyległe ulice, które z tej perspektywy wydają się usytuowane w dolince. Skoro już tutaj jesteśmy, możemy pójść dalej, na ulicę Polną (obecnie Kozłowskiego) i poszukać domu rodziny Chciuków – z myślą o Schulzu obecnym we wzruszającej dylogii wspomnieniowej Andrzeja Chciuka, na którą składa się Atlantyda i Ziemia księżycowa. Następnie możemy skręcić na Grunwaldzką, dojść tą ulicą do końca i dostać się na Truskawiecką, a możemy wrócić z Polnej na Wójtowską Górę i dojść do Słowackiego (obecnie Bohdana Łepkiego), którą pójdziemy w dół i dojdziemy do Teatru, zamykając koło kolejnej trasy naszej wyprawy.
Została nam jeszcze jedna trasa, którą musimy koniecznie pokonać. Zaczynamy, jak zawsze, od Rynku. Zmierzamy tym razem na ulicę Truskawiecką, idąc w dół od cerkwi św. Trójcy, którą zostawimy po prawej. Miniemy na tej ulicy kilka starych kamienic i dostaniemy się do starego Cmentarza Katolickiego, gdzie znajdziemy groby zasłużonych Polaków z Drohobycza, m.in. grób Rajmunda Jarosza. Jeśli chcemy przeżyć zachwycającą podróż Józefa z rodzicami na Górkę, będziemy dalej spacerować Truskawiecką, mimo że lepiej byłoby udać się tam bryczką, jak robił to Józef. Po drodze zobaczymy, po lewej, resztki starego tartaku, który niegdyś należał do Kühmarkera, teścia Brunona Schulza ze strony matki, a jeszcze dalej więzienie, tzw. „brygidki”, nieopodal którego była karczma Putza (nadal można tu zjeść np. szaszłyki), gdzie Józef zatrzymywał się
z rodzicami po drodze do Truskawca.
Jeśli udało nam się dotrzeć na Górkę, nasza droga prowadzi dalej właśnie do Truskawca, gdzie możemy pojechać chociażby po to, żeby pospacerować po parku pięknie opisanym przez Brunona Schulza w prozie i w listach. Znajdziemy tam ławeczkę, usiądziemy i pomyślimy być może tak, jak pomyślał Władysław Panas – o powieści, której Schulz nigdy nie napisał, powieści, którą wciąż opowiada Zofii Nałkowskiej siedząc na ławeczce w najdalszej części truskawieckiego parku. „Niech mówi – tam w najdalszej części parku. Zostawiam Schulza w Truskawcu” – napisał Władysław Panas w Willi Bianki. Może i my w tym miejscu pożegnamy Brunona Schulza, żeby znowu wrócić do Drohobycza. I znowu wrócić do Niego.

Wiera Meniok
< Poprzedni   Następny >
Kopiowanie zamieszczonych materiałów i ich wykorzystywanie bez zgody autorów jest zabronione 2002 - 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone Niecodziennik Biblioteczny.