Magdalena Jankowska Drukuj
piątek, 06 styczeń 2012
image_001.jpg     Pierwszy wiersz napisałam w szóstej klasie szkoły podstawowej. Była to podróbka Broniewskiego poświęcona zniszczonej Warszawie, którą wówczas raczej znałam od najpiękniejszej strony, bywając kilkakrotnie w Teatrze Wielkim. Tym niemniej mój wiersz poświęcony był  śladom okaleczenia stolicy i zawierał  retoryczne pytanie: czemu mury te milczą?. Być może za mym mistrzem owych dni chciałam również do czegoś wzywać wirtualnych odbiorców, bo rzeczywistych nie miał nigdy, gdyż byłam zbyt nieufna wobec ludzi, aby go komukolwiek pokazać. Przypominam sobie jednak własne oczarowanie melodią tamtych słów – jak mi się wydawało - całkowicie niezwykłą. Do dzisiaj potrafię odtworzyć w sobie to uczucie spełnienia, które się  już nigdy z taką intensywnością nie powtórzyło.
 
Potem – w szkole średniej – a było to liceum plastyczne, ekspresja twórcza znalazła inne ujście, chociaż słowo jako materiał artystycznej obróbki nie straciło dla mnie swego powabu, tylko zaczęło towarzyszyć znakowi plastycznemu. Powstawały wówczas dowcipy do gazetki szkolnej, czyli tablicy korkowej z poprzyczepianymi do niej kartkami, wśród których ta z zachęta do współpracy stanowiła dyżurną treść. Czy ktokolwiek pamięta wytwór młodzieżowego dziennikarstwa, nie wiem, ale sama widzę, że dla mnie to był niezły warsztat rozpoznawania potencjału słowa jako bytu samoistnego i współistniejącego z innymi kodami.
   Od pierwszych miesięcy na polonistyce związałam się z radiem akademickim, w konsekwencji czego w czasie wakacji po pierwszym roku odbyłam praktykę w rozgłośni Radia Lublin. Tam pod opieką redaktor Krystyny Kotowicz przygotowywałam „dźwięki” do magazynu  kulturalnego. Na marginesie pracy z mikrofonem napisałam reportaż o puławskich Cyganach, którzy stanęli wówczas przed trudnym dla siebie wyzwaniem podjęcia życia osiadłego i asymilacji z mieszkańcami miasteczka, do czego usiłowała ich zmusić władza ludowa. Pokazałam patronce, a ta zdecydowała, że zgłosi go do centralnej rozgłośni, z którą lokalne współpracowały. Tak więc w którąś z niedziel usłyszałam swój tekst w radiowej „Trójce”. To był chyba przedpołudniowy blok kulturalny, dokładnie nie pamiętam, chociaż wtedy to było coś najważniejszego na świecie. Niestety, wskutek licznych przeprowadzek wszelkie dokumenty się rozproszyły.
    Może się zatem rodzić pytanie, czemu nie zrobiłam kariery w radiu, skoro tak dobrze zaczynałam. Ano przez portiera, który za każdym razem , kiedy chciałam przekroczyć progi przy ul. Obrońców Pokoju, żądał ode mnie przepustki. Miałam kartę stałego współpracownika, ale oburzało mnie, że ktoś, kto już publikuje na antenie ogólnopolskiej, musi się legitymować upoważnieniem do samego wejścia. To było ponad wytrzymałość dwudziestolatki! Przestało mi się tam podobać. Moja zarozumiałość może się wydać aż nieprawdopodobna. Nie, to nie była zarozumiałość, to była potworna niepewność siebie, która wymaga nieustannych zapewnień, że jest się kimś.
   Pojawiły się też jakieś wiersze, ale kto na polonistyce nie ulega poetyckiej manii – sama studziłam swoje zapały. Przypadłość związaną z kierunkiem studiów trzeba przeczekać! I chyba z lęku przed odsłanianiem własnych uczuć pisywałam prozę – głównie humoreski. Ukazywały się w „Kamenie”, „Dunajcu”, „Tygodniku Chełmskim”
  Jednak liryka ciągle do mnie wracała. Napisałam do profesora Stefana Treugutta, który prowadził radiową ocenę wierszy. Pochwalił. Wreszcie wysłałam zestaw do Radaru, bo to było czasopismo najwyraźniej zajmujące się debiutami. Wydrukowali od razu aż dziewięć na rozkładówce. To mnie trochę ośmieliło, żeby spróbować z innymi redakcjami. Tu i ówdzie się powiodło, ale jeszcze nie myślałam o sobie poetka, żadna książka mi się nie śniła. Moi rówieśnicy zdobywali „Czechowicza” za „Czechowiczem”, a ja opublikowawszy wiersze w „Res Publice” nie miałam odwagi przystąpić do grona starających się o obecność w żadnej z lubelskich serii poetyckiej.
   Tymczasem burzliwy okres przełamywania się ustrojów, kiedy we mnie właśnie zaczęła dojrzewać myśli o tomiku, pozostawiał mnie w kompletnej bezradności, do kogo się zwracać w sprawach wydawniczych, żeby nie występować pod fałszywym sztandarem. Rozpoznania w tym względzie nie były łatwe. Po przełomie zdecydowałam się wydać książkę własnym sumptem, której druk powierzyłam Oficynie Graficznej Wojewódzkiego Domu Kultury. Otrzymała niezłe recenzje. Pisała o niej Agnieszka Osiecka i Aneta Mazur. Pisał Zbigniew Bieńkowski, Zygmunt Mikulski, Marek Zieliński, Tadeusz Olszewski i Tomasz K. Augustyniak.  Nawet w „Kurierze Lubelskim” znalazło się miejsce na  jej omówienie piórem Stanisława Łukowskiego, co podkreślam, bo lokalna prasa nie jest skora poświęcać uwagi tutejszym pisarzom.
   I tak poszło… Dzisiaj mam na swoim koncie siedem tomików poetyckich i jedną powieść. Obecnie pracuję nad tomem prozy. Może to będzie zbiór mikroskopijnych  opowiadań albo złożą się na bardziej zwarta całość.
   Żeby zamknąć opowieść o inicjacji w zajmujących mnie dziś dziedzinach, wrócę do zainteresowania teatrem. Jak wspomniałam na początku – miałam z nim kontakt od najmłodszych lat. Jednak obraz  kształtowania się tej fascynacji byłby niepełny bez wspomnienia roli Puławskiego Studia Teatralnego, które powstało w moim rodzinnym mieście w 1970 roku. To był swego rodzaju eksperyment w zakresie funkcjonowania instytucji. Młodzi bardzo kreatywni – co z dzisiejszej perspektywy widać jeszcze lepiej –  ludzie: Ryszard Peryt, Małgorzata Dziewulska, Piotr Cieślak, Ewa Benesz postanowili nie angażować się do teatrów instytucjonalnych, tylko utworzyć swoją własną placówkę. Mecenat nad nią objęły Zakłady Azotowe, a artyści zafascynowani metodą Grotowskiego mieli się zająć poszukiwaniami twórczymi. Nad wszystkim czuwała wszechogarniająca wówczas cenzura, kładąca barierę wielu ich zamysłom, tak że Studio przetrwało tylko do 1975 r.
   Całkiem szczerze, to pierwszym impulsem do zainteresowania się zespołem  była zwykła ciekawość i chęć przyjrzenia się dziwnym istotom, które nagle zjawiły się w powiatowym miasteczku. Dotąd aktor to była dla mnie postać, a nie realny człowiek. Tymczasem  zostali sąsiadami mojej koleżanki i mogłyśmy się przekonać, że z ról wychodzą do  normalnego życia. Całe miasteczko było ogromnie podekscytowane ich obecnością.
   Nie będę nikomu wmawiać, że oglądając przedstawienie „Świeczka zgasła” według Czechowa lub coś Norwida, wiele zrozumiałam i potrafiłam docenić oryginalność języka teatralnego. Przecież ledwie skończyłam podstawówkę. To, że poszłam na te spektakle już mnie stawiało w rzędzie dziwnych nastolatków i ludzi jakoś naznaczonych. Jednak niezwykła estetyka tej sceny,  pociągała mnie bardziej niż to, co dotąd oglądałam w stołecznych teatrach - głównie z repertuaru opery i baletu.
    Odtąd świadomie poszukiwałam kontaktu z teatrem otwartym, jak go się wówczas nazywało, co było równoważne z jego akademickim rodowodem. W czasie studiów często musiałam opłacać karnymi zaliczeniami nieobecności na ćwiczeniach, jeśli te kolidowały z programem Studenckiej Wiosny Teatralnej.
    Od 1986 r. zaczęłam pisać recenzje w „Kamenie”. Kiedy tytuł przeniósł się do Chełma, wiązałam się z innymi tytułami ( Tygodnikiem Współczesnym,  Na przykład) . Przez dwadzieścia lat istnienia „Kresów”  w działce Wydarzenia opisałam wszystkie Konfrontacje Teatralne, kilka festiwali „Sąsiedzi”, kolejne premiery Sceny Plastycznej KUL, Gardzienic, Provisorium, ważniejsze dokonania Teatru im. J. Osterwy , Teatru Lalki i Aktora,  a nawet zespołów amatorskich (Panopticum i Teatru Tańca Domu Kultury Spółdzielni Mieszkaniowej Czechów) Od wielu lat też współpracuję z „Akcentem”, gdzie niegdyś zamieszczałam sprawozdania z imprez teatralnych odbywających się poza Lublinem,  od pewnego zaś czasu skupiam się na dokonaniach lubelskich scen i recenzuję słuchowiska – moją ulubioną formę
Magdalena Jankowska
www.magdalenajankowska.pl
free.of.pl/p/poezjan/
kultura.lublin.eu/osoby,1,842,Magdalena_Jankowska.html?locale=pl...

Pochodzi z Puław. Ukończyła Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Nałęczowie i filologię polską na Uniwersytecie Marii Curie - Skłodowskiej w Lublinie. Debiutowała zestawem wierszy w tygodniku Radar. Następnie jej poezja ukazywała się w wielu pismach ogólnopolskich, m.in. : w Akcencie, Czasie Kultury, Kamenie, Kresach, Odrze, Pograniczach, Pracowni, Res Publice, Toposie, Tyglu Kultury, Zwierciadle. Dotychczas opublikowała sześć tomów wierszy: I co dalej? (1990), Kula i skrzydło (1992), Zbiór otwarty (1994), Tak się składa (1998), Już (2002), Salon Mebli Kuchennych (2006), Skrzyżowanie (2011) oraz książkę prozatorską Billing (2001).

Każdy z tytułów był zauważony przez krytykę literacką. Pisano o nich na łamach Akantu, Akcentu, Dziś i jutro, Ex-librisu, Frazy, Krzywego Koła, Literatury, Miesięcznika Prowincjonalnego, Nawiasu, Nowych Książek, Nowego Tygodnia, Kresów, Odry, Opcji, Podkowiańskiego Magazynu Kulturalnego, Pograniczy, Pracowni, Słowa Powszechnego, Słowa. Przeglądu Kulturalnego, Toposu, Twórczości, Więzi.

Za zbiór wierszy Tak się składa otrzymała w 1998 r. nagrodę w konkursie im. Anny Kamieńskiej.
Od wielu lat zajmuje się krytyką teatralną. Jako recenzentka debiutowała w Kamenie, gdzie poprowadziła autorską rubrykę „Bez klaki”. Następnie współpracowała z Tygodnikiem Współczesnym, Na przykład, Sycyną, Akcentem oraz - od chwili powołania pisma - Kresami.

Jest członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
pl.wikipedia.org/wiki/Magdalena_Jankowska
tnn.pl/pm,3245.html
teatrnn.pl/leksykon/node/2301/magdalena_jankowska

< Poprzedni   Następny >
Kopiowanie zamieszczonych materiałów i ich wykorzystywanie bez zgody autorów jest zabronione 2002 - 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone Niecodziennik Biblioteczny.