Romana Lipeż w Galerii SACRO-ART w Hotelu Pollera w Krakowie Drukuj
wtorek, 12 grudzień 2017
image_010.jpg image_001.jpg







Romana Lipeż w Galerii SACRO-ART w Hotelu Pollera w Krakowie w 1997 r.


Tekst Jerzego Madeyskiego z okazji prezentacji malarstwa Romany Lipeż, które miało miejsce w Galerii SACRO-ART w Krakowie przy ul. Szpitalnej 30 w dniach 26.01.1997 – 05.02.1997 r. Realizacją wystawy zajęły się: Małgorzata Chojnacka, Marta Naglik, Barbara Ostafin, Halina Pianowska oraz Krystyna Paździora.
Wernisażowi towarzyszył występ Akademickiego Chóru „Organum” pod dyrekcją Bogusława Grzybka. W programie: kolędy Staniąteckie i Psalmy M. Gomółki oraz wiersze autorstwa Magdaleny Paździory i Wiesława Krawczyńskiego.

Gdy Romana Lipeż miała lat sześć, Paryż – po raz któryś już z rzędu przemywał oczy polskim malarzom. Właśnie wówczas bowiem grupa studentów krakowskiej ASP wyjechała pod wodzą Józefa Pankiewicza do la ville lumierre, by tam, u źródła, zgłębiać tajniki malarstwa światła i barwy. Lub, bardziej precyzyjnie – malarstwa jednakiej ze światłem barwy, sztuki postimpresjonizmu, zwanego u nas koloryzmem lub kapizmem. Gdy Romana Lipeż studiowała w latach 1935-39 malarstwo dekoracyjne w pracowni prof. Alfreda Terleckiego – kapiści święcili w kraju prawdziwe triumfy. Gdy podjęła po wojnie studia – większość katedr malarskich obejmowali już wyznawcy tego nurtu artystycznego.
Romana Lipeż, podobnie, jak niemal wszyscy studenci tego czasu, uległa magii płaszczyzny, na której artysta komponował swą „grę barwną”, jak postimpresjoniści zwali akt twórczy. I nie bez racji, gdyż tylko to ich interesowało. Nie temat więc, nie tzw. „literatura obrazu”, nie to, co można odczytać i opowiedzieć słowami, lecz właśnie gra barw i światła. To, co ulotne i trudno uchwytne, co zmienia się z godziny na godzinę lub minuty na minutę nawet. Nie przedmiot zatem, lecz przedmiot w zmiennym oświetleniu. Nie barwa lokalna, czyli właściwa dla malowanego obiektu, lecz jej mutacje. Oraz brzmienie koloru w zestawieniu z innym kolorem, „osaczenie” go dla wydobycia szczególnie pięknych efektów. Nie solidna struktura światła zatem, lecz to, co w nim niestałe i kapryśne. I – być może z tej właśnie racji – piękne i fascynujące swą urodą. To, co trzeba dostrzec wrażliwym okiem i utrwalić na płótnie szybko, bo za chwilę będzie już za późno. I szczęścia, jakie ono w sobie niesie.
image_002.jpgRomana Lipeż jest wrażliwą malarką. Więcej nawet – typ jej wrażliwości nie uległ jakimś poważniejszym przemianom przez cały, przeszło półwieczny okres jej samodzielnej pracy twórczej. Zmieniało się wyłącznie metier; krystalizowała wizja, przybywało doświadczenia tak właśnie, jak to był ujął jeden z twórców postimpresjonistycznego nurtu, van Gogh, pisząc w liście do brata „jeżeli kiedyś stworzę rzecz piękną, nie stanie się to dlatego, że będę pracował inaczej niż teraz, ani że zacznę myśleć inaczej. Będzie to to samo jabłko, tylko bardziej dojrzałe. Dlatego mówię sobie: jeśli nie jestem  nic wart teraz, nie będę więcej wart w przyszłości, ale jeśli będę coś wart w przyszłości, znaczy to, że jestem coś wart teraz...” .
image_003.jpgRozwój Romany Lipeż przebiega w sposób niezwykle wprost konsekwentny. Najwcześniejsze zachowane obrazy nawiązują jeszcze do estetyki jej pierwszego pedagoga. Do subtelnego i wyraźnie idealizowanego poczucia piękna la belle epoque. Artystka kreśli delikatną linią swój portret i barwi go pastelowymi kolorami. Lecz już wówczas, w konwencjonalnym, zdałoby się, wizerunku, widoczne są nieśmiałe próby ekspresyjnej deformacji. Tej – która, acz w innej formie – zdominuje jej późniejszą twórczość.
W latach następnych maluje pod wyraźnym wpływem swych preceptorów w osobach Eibischa i Hanny Rudzkiej-Cybisowej zwłaszcza, w czym nie ma nic dziwnego, ani tym bardziej zasługującego na naganę; wpływom kapistowskich mistrzów ulegali podówczas wszyscy. Wszyscy więc zapełniali „świętą” płaszczyznę obrazu naprzemianległymi plamami tonów ciepłych zimnych, wszyscy też drżeli przed kompromitacją jakoby malarza „dziurą”, lub równie jak ona groźną „watą”, czyli tępymi  pozbawionymi światła fragmentami obrazu.
Artystkę rychło jednak zaczyna nudzić grzeczne i salonowe malarstwo w jakie zmienił się klasyczny , akademicki już postimpresjonizm. Coraz też większą falą wzbiera właściwa jej temperamentowi ekspresja. Ta ekspresja, która legła skądinąd u progu postimpresjonizmu van Gogha, Gauguina i Mattise’a oraz innych Fauves, „Dzikich”, jak ich zwano, czyli zbuntowanych przeciw emocjonalnemu chłodowi impresjonizmu w jego czystej postaci.
Romana Lipeż posuwa się jednak o krok dalej. Próbuje swoich sił w anegdotycznym ekspresjonizmie typu Ensora, lecz rychło odrzuca literaturę. Powtórnie dochodzi do wniosku, że nie ona jest ważna i nie jej język ma największą siłę przekonywania, lecz abstrakcyjna wymowa barw. I ma rację, gdyż to właśnie kolory i ich zestawienia wyrażają emocje w obrazie.
Idzie dalej od swych nauczycieli. Ogranicza liczbę motywów do trzech zaledwie, odrzucając  uznawany przez postimpresjonistów akt. Jej wystarczy do image_005.jpgwypowiedzenia się pejzaż miejski i wiejski, oraz martwa natura. Nie mówi więc poprzez człowieka po to zapewne, by nie nasuwać jednoznacznych skojarzeń.
Wzorem wielkich twórców sztuki światła maluje często ten sam motyw w różnych porach dnia, w świeżości poranka, pełnym świetle południa i nastroju nadchodzącej nocy. Coraz szerszymi i mocniejszymi uderzeniami pędzla. Tak wyrazistymi, że obraz przypomina niekiedy w swych impastach relief. W pejzażach miejskich wprowadza silny i wyraźny kontur, buduje swą architekturę mocno i zdecydowanie, z wyraźną preferencją architektury sakralnej, której elementy pojawiają się również w pejzażu. Czemu? Może rację mają filozofowie, twierdzący, że sztuka w swej najgłębszej istocie jest poszukiwaniem Boga i dążeniem do Niego? Zwłaszcza zaś sztuka światła, w której odbija się dalekie echo średniowiecznej jego mistyki? Wydaje się też, że obrazy Romany Lipeż nie bez kozery stają się coraz jaśniejsze w tonacji i coraz  odleglejsze od konkretnej materialności, materię malarską, rzecz jasna, pomijając.
Chyba tak właśnie, jak twierdzą filozofowie, jest w wypadku Romany Lipeż, co poświadczają jej sakralne kompozycje. Jedyne, w których, poza autoportretami, pojawia się postać ludzka. A to znaczy wiele.
Jerzy Madeyski

Jerzy Madeyski (ur. 15 października 1931 we Lwowie, zm. 1 grudnia 2005 w Krakowie) - polski historyk sztuki, scenarzysta i konsultant filmów dokumentalnych.
Pochodził ze szlacheckiego rodu Madeyskich herbu Poraj. Pochowany na Cmentarzu Rakowickim. W roku 2013 ukazała się książka Felietony o sztuce (Małe Wydawnictwo, Kraków 2013), zawierające publikowane na łamach prasy krakowskiej, głównie Dziennika Polskiego.

Artinfo, gdzie wystawiane były jej prace tutaj kliknij

image_006.jpg
image_008.jpg
image_009.jpg
< Poprzedni   Następny >
Kopiowanie zamieszczonych materiałów i ich wykorzystywanie bez zgody autorów jest zabronione 2002 - 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone Niecodziennik Biblioteczny.