Sławomir Jacek Żurek, Kwiatki Andrzeja Nikodemowicza Drukuj
poniedziałek, 12 luty 2018
image_001.jpgimage_005.jpgMinęła pierwsza rocznica śmierci prof. Andrzeja Nikodemowicza, jednego z największych kompozytorów polskich XX i XXI w. O tym, że to wybitny muzyk, wykładowca uniwersytecki i pedagog wiedzą wszyscy, niewiele jednak osób orientuje się, co do jego humoru, energii i woli życia. Andrzeja Nikodemowicza poznałem wiosną roku 1983, dzięki Drodze Neokatechumenalnej, na którą obaj trafiliśmy po wysłuchaniu katechez w dawnym kościele Ojców Jezuitów przy ulicy Królewskiej 9 w Lublinie. Choć byłem wtedy licealistą, a Andrzej poważnym pracownikiem naukowym, szybko znaleźliśmy wspólny język. Łączyła nas skłonność do żartów i opowiadania dowcipów. Prof. Nikodemowicz wykorzystywał wiele okazji do tego, by innym umilać życie opowiastkami czy to z własnej, czy cudzej biografii. Sam też dawał wiele okazji, by swoim zachowaniem bawić innych. Pamiętam szczególnie trzy występy – nie muzyczne – w jego mistrzowskim wykonaniu, a ze względu na umiłowanie przez niego przyrody, Boga i ludzi można powiedzieć, że miały one w sobie coś franciszkańskiego, nazwijmy więc je za biografami świętego Franciszka z Asyżu: „Kwiatkami Andrzeja Nikodemowicza”.
fot. kolor Jerzy Jacek Bojarski, fot. czarno-białe z archiwum rodzinnego


Kwiatek pierwszy, czyli „kierownikowi chóru na melodię hebrajską”
image_006.jpgimage_003.jpgPierwszy kwiatek „rozkwitł” u niego w mieszkaniu, kiedy to w kilkuosobowej grupie, zastanawiając się nad własnym życiem i obecnym w nim cierpieniu, rozważaliśmy jeden z psalmów.  Gdy przeczytałem na głos tekst z Pisma Świętego, Andrzej zwrócił mi uwagę: „ominąłeś pierwszą linijkę”. Wróciłem wzrokiem do początku psalmu… – tak, nie przeczytałem krótkiego dopisku kursywą na początku: Kierownikowi chóru na melodie hebrajskie, który wydawał mi się nieistotny. „A co to ma wspólnego z Twoim cierpieniem?” – zapytałem zaczepnie. „Jak to co? Przecież jestem kierownikiem chóru w seminarium duchownym!”. „No i co z tego?” – dopytywałem. „A to z tego, że to jest właśnie moje największe cierpienie! Żebyś Ty słyszał, jak oni śpiewają!”.




Kwiatek drugi, czyli „Ale grzeją w tym roku w styczniu!”

image_008.jpgimage_004.jpgRzecz miała miejsce w domu u jednej z naszych wspólnotowych sióstr – Heleny, emerytowanej nauczycielki, osoby zacnej, pobożnej, gościnnej, a jednocześnie zdecydowanej i wprowadzającej zawsze dryl wojskowy, co pozostało jej zapewne po czasach wojny, kiedy była oficerem w Batalionach Chłopskich. Podczas wspólnego biesiadowania i opowieści o jej wojennych przygodach (sprowokowanej zresztą przez prof. Nikodemowicza), kapitan „Kopaczowa”, bo taki był jej pseudonim konspiracyjny, z wielkim takim zaangażowaniem relacjonowała przerzucanie rannych partyzantów, jednocześnie każdemu z nas nalewając gorącą herbatę ze szklanego dzbanka. Gdy podeszła do Andrzeja, nagle odpadło dno naczynia i jego zawartość znalazła się na spodniach szacownego gościa. Profesor wyskoczył nie tylko „jak”, ale faktycznie oparzony i pędem pobiegł do łazienki, zrzucić z siebie ten gorący „kompres”. Oparzenie na szczęście okazało się niegroźne i maestro, w nietypowym odzieniu, po zdjęciu spodni nałożył bowiem prochowiec, z wystającymi spod niego gołymi łydkami skończył spokojnie kolację. Traf chciał, że właśnie tego dnia – o czym nagle przypomniała sobie kapitan „Kopaczowa”, zarządzając natychmiastowy odwrót gości – w ramach tzw. kolędy jej kamienicę nawiedzał ksiądz z tamtejszej parafii. Jakież było jego zdziwienie, gdy wszedłszy do mieszkania natknął się na powstałego śpiesznie od stołu swojego dawnego wykładowcę z seminarium w nietypowym (nie tylko dla niego) stroju. Andrzej wykrzyknął: „Szczęść Boże! My już wychodzimy, ale czy ksiądz czuje, jak w tym roku grzeją w styczniu?”.
image_017.jpg



































Kwiatek trzeci, czyli „jestem na wakacjach u babci w Izraelu”

image_002.jpgimage_009.jpgW roku 2009, byłem m.in. z Andrzejem na dziesięciodniowej pielgrzymce do Ziemi Świętej. Wszystko przebiegało spokojnie do czasu, gdy ktoś zaczął do niego wydzwaniać –  wielokrotnie, i to z Lublina, z telefonu stacjonarnego. Profesor nie odbierał, już to, żeby nie zamącić sobie podniosłości religijnej, już też, nie chcąc się narażać na koszty (minuta rozmowy z Polską kosztowała wtedy ponad osiem złotych!). W końcu jednak, po głębokim zastanowieniu, odebrał wcześniej postanowiwszy (o czym nam powiedział), uciąć rozmowę krótką informacją, że jest na wakacjach u babci w Izraelu. Jednak okazało się, że dzwoniono z Urzędu Miejskiego z informacją, że Andrzej Nikodemowicz został wybrany – obok Jana Pawła II – honorowym obywatelem Lublina.  O zbyciu dzwoniącego już nie było mowy.





Kwiatek czwarty, cz
image_007.jpgyli „a widziałeś, jakie mi dała palto?”   
image_016.jpg„Dwóch Żydów wychodzi po spektaklu z opery lwowskiej. Gdy jeden mówi do drugiego (charakterystycznym dla Żydów lwowskim akcentem): «Tyś chyba oszalał, Tyś tej szatniarce dał całe sto złotych!»”, drugi odpowiada: «A czy Ty widziałeś jakie ona dała mi palto?!»”. To ostatni zapamiętany przeze mnie kwiatek – dykteryjka, która bawi mnie do tej pory, jeden z ulubionych dowcipów prof. Nikodemowicza.
fot. Małgorzata Nikodemowicz

< Poprzedni   Następny >
Kopiowanie zamieszczonych materiałów i ich wykorzystywanie bez zgody autorów jest zabronione 2002 - 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone Niecodziennik Biblioteczny.