Mój nauczyciel Bruno Schulz Drukuj
poniedziałek, 09 lipiec 2007
Wywiad Moniki Zaręmby z Alfredem SchreyermZ Alfredem Schreyerem, muzykiem, działaczem społeczno-kulturalnym, ostatnim  uczniem Brunona Schulza z Drohobycza rozmawia Monika Szabłowska-Zaremba.

Monika Szabłowska: Drohobycz dla wielu Polaków jest miejscem magicznym, wykreowanym przez wyobraźnię Bruno Schulza. Dla Pana to miejsce ukochane, związane z dzieciństwem.

Alfred Schreyer: W Drohobyczu się urodziłem i tam stale mieszkam od wczesnej jesieni 1932 r. Przedtem mieszkałem w Jaśle, gdzie mój ojciec był szefem chemików w jednej z rafinerii. Ale na początku lat trzydziestych kiedy wybuchł kryzys światowy, rafineria została częściowo unieruchomiona. Ojciec stracił pracę i cała rodzina wróciła do Drohobycza. Bo wszyscy i matka, i ojciec pochodzili z Drohobycza.


Czy w Pana domu były ściśle przestrzegane zasady religijne?
W domu obchodziliśmy tylko wielkie święta. W sobotę nie chodziliśmy do synagogi. W soboty musiałem chodzić do gimnazjum. Ojciec nie był wielce nabożny, też nie chodził. Ale na Jom Kipur pościliśmy. Mój wujek dr Bernard Schreyer był rabinem, lecz rabinem postępowym. Uczył w Gimnazjum Państwowym religii mojżeszowej w jęz. polskim. Kiedy miałem bar micwe w synagodze, w której był rabinem, to była wielka sensacja w Drohobyczu. Mój wujek powiedział, abym jedną z modlitw przeczytał po polsku. Czegoś takiego Żydzi drohobyccy nie widzieli i nie słyszeli. To była sensacja na cały Drohobycz, że siostrzeniec doktora Schreyera czytał jedną  z modlitw na bar mictwie po polsku.

Czy już wtedy wstąpił Pan do szkoły, w której uczył Schulz?
Nie, wtedy wstąpiłem do polskiego Prywatnego Gimnazjum im. Sienkiewicza, gdzie m. in. w drugiej gimnazjalnej starego typu opiekunką klasy była pani Józefina Szelińska, narzeczona Schulza. Była nadzwyczajną osobą. Od czasu do czasu przychodził do niej do gimnazjum. Spotykałem go na ulicy. Zawsze zdejmowałem czapkę, a on zawsze odpowiadał mi zdjęciem kapelusza. Był niezwykle uprzejmy.
W 1934 roku wstąpiłem do Gimnazjum Państwowego im. króla Władysława Jagiełły, wtedy zostałem uczniem Brunona Schulza. Uczył nas robót ręcznych i rysunków. Był bardzo lubiany ze względu na swoją dobroć i niesłychaną skromność, która praktycznie była najważniejszą cechą jego charakteru. Był przesadnie skromnym człowiekiem należący do takich, których jak to się mówi: „nie widać- nie słychać” – zawsze szedł pod ścianą, żeby nie zwracano na niego uwagi. Nie lubił pokazywać się, nigdy nie unosił głosu. Bardzo trudno było wyprowadzić Schulza z równowagi. Był swego czasu taki wypadek, że jakiś uczeń wyprowadził go z równowagi i on uderzył go dziennikiem klasowym w plecy. To była sensacja na całe gimnazjum, że Schulz uderzył ucznia. Ale co to za uderzenie?

Jaki był Schulz na co dzień?
Prowadził lekcje rysunków. To było tak, że nie każdy z nas był utalentowany – ja niestety też nie - więc on podchodził i wskazywał: tutaj niedobrze narysowałeś, podchodził do tablicy i rysował tak jak to powinno wyglądać. Nigdy nikomu nie wyrządził zła. Myślę, że gorszej oceny jak „dobrze” na świadectwie nie uznawał. Chyba, że ze względu na zachowanie. Może wtedy komuś psuł świadectwo  i wpisywał „dostateczny”. Nigdy za to, że ktoś nie umiał rysować, bo Schulz bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nie każdy umie.
Ja dla niego byłem takim szeregowym uczniem. Bardzo grzecznie zawsze witaliśmy się na ulicy. Schulz lubił wszystkich uczniów, ale wśród uczniów miał swoich ulubieńców tj. tych, którzy umieli albo malować, rysować, albo pisać. Wśród nich był Andrzej Chciuk, autor dwóch książek Ziemia księżycowa i Atlantyda. Ta druga to wspaniała książka. Warto przytoczyć z niej jedną opowieść.
Kiedy po raz pierwszy w Drohobyczu w 1939 r. obchodzono rocznicę rewolucji październikowej, zamówiono w malarzy drohobyckich portrety wodzów kremlowskich. Zawieszono je w oknach ratusza. Schulza spotkał zaszczyt namalować Stalina – całą jego postać. Malował na podłodze w auli gimnazjum, gdyż płótno miało mniej więcej 3x5m. Obraz zawieszono w bramie głównej w wejściu do ratusza. Zaczęła się demonstracja. Schulz z Andrzejem Chciukiem stali na rynku i obserwowali wydarzenia. Schulz był bardzo spostrzegawczym człowiekiem. Powiedział do Chciuka: „Zobacz Andrzeju, ci ludzie już raz maszerowali, oni idą znowu.” Portrety wisiały troszeczkę ukośnie. Kawki je paskudziły. A najgorsze, że zaczął padać deszcz, a portrety były wykonane zwykłą rozpuszczalną w wodzie farbą i to wszystko zaczęło cieknąć. Wtedy Schulz powiedział: „Andrzeju, po raz pierwszy w życiu nie żal mi mojej pracy”.

A jak w Pana pamięci zachował się Drohobycz?
To było naprawdę miasto wielokulturowe mające przed wojną ok. 42 tys. mieszkańców. Ludność składała się z trzech mniej więcej równych ilościowo etnicznych grup: Polaków, Żydów, Ukraińców. Dlatego Marian Herman nazwał Drohobycz „półtora miasta”.
Przed wojną stosunki międzykulturowe były dobre. Spotykało się naturalnie napisy typu: Nie kupuj u Żyda. Nikt na to nie zwracał uwagi. Jak się chciało coś kupić taniej, to wszyscy szli do Żyda, Polacy i Ukraińcy oczywiście też.

Czy Bruno Schulz był wtedy znaną postacią w Drohobyczu, czy doceniano jego dzieła?
Schulza czytała grupa inteligencji, jego znajomi. Na pewno nie czytali go ani Polacy, ani Ukraińcy. Na Schulza pokazywano, że nie wszystko w porządku ma w głowie. Ta Księga bałwochwalcza, te kobiety tam ukazane... Dla ówczesnych Drohobyczan to był jakiś tam nauczyciel gimnazjalny. Niemcy mówią tak: każdy artysta jest trochę zwariowany. I to świetnie pasowało do Schulza.
 Nikt nigdy nie wiedział – tym bardziej my uczniowie, że Schulz otrzymał Złoty Wawrzyn Polskiej Akademii Literatury. O tym nikomu nie opowiadał. On był na tyle skromny, że się z tym nigdy nie afiszował.

A kim jeszcze dla Pana był Bruno Schulz?
W moim życiu Schulz odegrał bardzo dużą rolę. Podczas okupacji nazistowskiej pracowałem w jednym z pięciu obozów pracy przymusowej nieopodal Drohobycza. Tam był tartak, który już nie istnieje. W tartaku pracowałem w stolarni – jako pomocnik stolarza. Umiałem wszystko zrobić, czego ode mnie wymagano. Jaki paradoks – nauczył mnie tego Bruno Schulz.

O śmierci Brunona Schulza dowiedział się Pan od razu?

W tym samym dniu. Mieszkałem 250 m od miejsca, w którym został zastrzelony Schulz.  Ta dzika akcja czwartkowa wybuchła rano. Słyszeliśmy strzelaninę i nie wyszliśmy z matką do pracy. Zostaliśmy cały dzień w domu. Wieczorem przyszli sąsiedzi z góry – oni pracowali  w Judenracie – i powiedzieli, że został zastrzelony Schulz.
Po zakończeniu wojny wrócił Pan do Drohobycza. Wraz z Panem powróciła pamięć o dawnym nauczycielu gimnazjalnym. Czy drohobyczanie pamiętali wtedy  o Schulzu?
Schulz, do chwili skandalu związanego z wywiezieniem malowideł ściennych, był nieznany wśród obecnych mieszkańców. Z czasem pomyślano o tablicy upamiętniającej. Najpierw była maleńka i biała. Ufundowało ją towarzystwo Polskiej Kultury w Drohobyczu, którym kierowała Maria Galas i którego do dziś jestem członkiem. Tablica była ładna, pisana polskimi literami, ale z tej tablicy wynikało, że Schulz był Polakiem. Zmieniono ją więc z inicjatywy dr. Schwarza, też drohobyczanina, który mieszka obecnie w Monachium. Przekonał władze, że tablicę trzeba zmienić, bo Schulz był pisarzem i artystą żydowskim.
Ja mu mówię: „Olek, przecież to jest prawidłowo – on nie był pisarzem żydowskim, on był pisarzem polskim żydowskiego pochodzenia”. On mi na to: „Pokażę ci encyklopedię...”.
-    „Encyklopedia – mówię mu – to jest papier, a na papierze można napisać co się chce.”
Obecna tablica jest czarna, napisy są w trzech językach: ukraińskim, polskim i hebrajskim. W jęz. polskim brzmi to jako tako: pisarz i artysta żydowski mistrz słowa polskiego. Jednak w przekładzie na ukraiński: majster ukraińskowo słowa – to jest fatalne. Na tablicy jest pięknie wyryty portret Schulza i jeszcze taka gałązka, o którą nikt nie prosił - sam rzeźbiarz ją dodał. Ta tablica nadaje się na cmentarz, a nie na ścianę domu Schulza.
W listopadzie 2006r. drohobyczanie przeżyli niezwykłe doświadczenie, które miało miejsce w czasie trwania II Międzynarodowego Festiwalu Brunona Schulza w Drohobyczu
Ta ostatnia tablica wywołała w Drohobyczu, wielki rozgłos. Trwa on do dziś.  Po to, aby wmurować tablicę w chodnik, dokładnie w miejsce, gdzie został zastrzelony Bruno Schulz, odbyło się posiedzenie rady miejskiej, która wydała na to oficjalną zgodę. Jest to pierwsza  tablica wmurowana w chodnik na Ukrainie. Nikt jej nie niszczy. Raz byłem nawet zaskoczony, ktoś postawił na niej lampeczkę.
19 listopada – w czasie festiwalu odsłonięto tablicę z napisami w dwóch językach, ukraińskim i polskim: na tym miejscu został rozstrzelany przez gestapowca. Świetnie jest zrobiona przez Andrzeja A. Widelskiego. Ufundowała ją Fundacja Janusza Palikota z Lublina. Bardzo pomysłowe było odsłonięcie tej tablicy. Włodko Kaufman, znany lwowski artysta, zasypał tablicę różnymi znaczkami pocztowymi, bo Schulz pisał o znaczkach, potem zdmuchnął znaczki, które fruwały w powietrzu. Patrzę często na to miejsce – ludzie podchodzą i czytają.
Alfred Schreyer przybył do Lublina na dwa koncerty wraz ze swymi przyjaciółmi: Lwem Łobanovem, grającym na fortepianie i Tadeyem Serwatko, akordeonistą. Koncerty przyjęto z wielkim aplauzem. Pan Alfred grał na skrzypcach, śpiewał polskie tanga, pieśni żydowskie i ukraińskie. Po trzygodzinnym spacerze po Lublinie uśmiechnął się do mnie i rzekł bardzo poważnie: Lublinianie ustosunkowali się do historii swojego miasta, do Żydów. U nas w Drohobyczu to nie do pomyślenia.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Wizyta Alfreda Schreyera w Lublinie:
Alfred Schreyer z Drohobycza
Alfred Schreyer z Drohobycza

A.Schreyer ogląda materiały promocyjne MBP
A.Schreyer ogląda materiały promocyjne MBP

Alfred Schreyer i red. Jerzy Jacek Bojarski
Alfred Schreyer i red. Jerzy Jacek Bojarski

Artykuł o Muzeum Brunona Schultza w Drohobyczu
Artykuł o Muzeum Brunona Schulza w Drohobyczu

A.Schreyer czyta Niecodziennik o Muzeum Schulza
A.Schreyer czyta Niecodziennik o Muzeum Schulza

Wpis dla Niecodziennika (fot M.Zaremba)
Wpis dla Niecodziennika (fot M.Zaremba)

Wpis dla Niecodziennika
Wpis dla Niecodziennika

Pan Alfred w Mandragorze
Pan Alfred w Mandragorze

Sklep Cynamonowy
Sklep Cynamonowy

Przed Slepem Cynamonowym (fot. M.Zaremba)
Przed Slepem Cynamonowym (fot. M.Zaremba)

Oglądanie plakatów z imprez Brunona Schulza
Oglądanie plakatów z imprez Brunona Schulza

W Mandragorze od lewej T. Serwatko, A. Schreyer i J.J.Bojarski (fot. M.Zaremba)
W Mandragorze od lewej T. Serwatko, A. Schreyer i J.J.Bojarski (fot. M.Zaremba)

Na dziedzińcu KUL (fot. M.Zaremba)
Na dziedzińcu KUL (fot. M.Zaremba)

Wizyta w Jeszywie Chachmej Lublin (fot M.Zaremba)
Wizyta w Jeszywie Chachmej Lublin (fot M.Zaremba)

Plakat
Plakat

Grzegorz Józefczuk zapowiada koncert Alfeda Schreyera
Grzegorz Józefczuk zapowiada koncert Alfeda Schreyera

Alfred Schreyer - skrzypce i Tadeusz Serwatka na akordeonie
Alfred Schreyer - skrzypce i Tadeusz Serwatka na akordeonie

Koncert w Hadesie - Alfred Schreyer
Koncert w Hadesie - Alfred Schreyer

Lew Łobanow fortepian i Alfred Schreyer
Lew Łobanow fortepian i Alfred Schreyer

Wiceprezydent Włodzimierz Wysocki składa podziękowanie p.Alfredowi
Wiceprezydent Włodzimierz Wysocki składa podziękowanie p.Alfredowi

E.Cwalina wręcza kwiaty po koncercie
E.Cwalina wręcza kwiaty po koncercie

K.Pasieczna, M.Kitowska, M.Sady, J.J.Bojarski i ASchreyer (fot. G.Józefczuk)
K.Pasieczna, M.Kitowska, M.Sady, J.J.Bojarski i ASchreyer (fot. G.Józefczuk)

Alfred Schreyer i Jerzy Jacek Bojarski (fot. G. Józefczuk)
Alfred Schreyer i Jerzy Jacek Bojarski (fot. G. Józefczuk)
< Poprzedni   Następny >
Kopiowanie zamieszczonych materiałów i ich wykorzystywanie bez zgody autorów jest zabronione 2002 - 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone Niecodziennik Biblioteczny.