Romana Lipeż (1917-2003)"Żyję wtedy, jak maluję". Malarstwo Drukuj
czwartek, 25 kwiecień 2019
image_001.jpg
image_038.jpgROMANA LIPEŻ (ur. 5 lutego 1917 we Lwowie, zm.18 stycznia 2003 w Krakowie) — polska malarka.
Studiowała malarstwo dekoracyjne u prof. H. Uziembły i prof. A. Terleckiego w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Krakowie (1935 - 1938), a następnie w powstałym z przekształcenia tej szkoły Państwowym Instytucie Sztuk Plastycznych (1938-1939). Podczas II wojny światowej uczyła się w Kunstgewerbeschule w okupowanym przez Niemców Krakowie. 1945-1950 studiowała w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowniach profesorów — W. Jarockiego, Z. Pronaszki, E. Eibischa i H. Rudzkiej-Cybis (dyplom w 1960). Od 1945 r. członek Związku Polskich Artystów Plastyków.
image_006.jpgBrała udział w kilkudziesięciu wystawach zbiorowych organizowanych m.in. przez: ZPAP, Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych, Biuro Wystaw Artystycznych, w wystawie z cyklu Festiwal Sztuki Krakowa, w wystawie malarstwa polskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie, w wystawie w Lyonie, gdzie prezentowano współczesne malarstwo polskie.
Obrazy Romany Lipeż zakupywane były przez Ministerstwo Kultury i Sztuki do zbiorów państwowych. Jej prace znajdują się w Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, są w ofercie domów aukcyjnych w Polsce (m.in. Kraków, Warszawa, Katowice) i za granicą (Kolonia, Kopenhaga) oraz w wielu kolekcjach prywatnych — w Polsce, Niemczech, Anglii, Holandii, Francji, Szwajcarii, Włoszech, Hiszpanii, Szwecji, USA, Japonii, Zimbabwe.
Romana Lipeż związana z Krakowem niemal przez całe życie malowała z upodobaniem architekturę miasta, utrwalając na płótnie jego romantyczne zaułki. Jak pisze Magda Czubińska, kustosz Muzeum Narodowego w Krakowie (folder wystawy w Galerii Kocioł Artystyczny, Kraków 1997):„artystka z pietyzmem i sentymentem maluje widoki krakowskiej architektury”,„oddaje nastrój i charakter dzielnicy czy miejsca, porę dnia i roku, wilgotność powietrza”.

Maski - 1948 , olej, płótno 51,5 x 71 cm
Prymulka - 1962, olej, płótno, 100 x70 cm
image_007.jpgWiele miejsca w twórczości Romany Lipeż zajmuje pejzaż, przede wszystkim górski, malarstwo portretowe oraz martwa natura utrzymana w ciepłych, pastelowych barwach — widoczne jest tu oddziaływanie znakomitej polskiej szkoły koloryzmu oraz tradycje postimpresjonistyczne. Jerzy Madeyski (folder wystawy w Galerii Hotelu Pollera, Kraków 1997) pisał:„Rozwój Romany Lipeż przebiega w sposób niezwykle wprost konsekwentny. Najwcześniejsze zachowane obrazy nawiązują do […] do subtelnego i wyraźnie idealizowanego poczucia piękna la belleepoque”. „W latach następnych […] ulega wpływom kapistowskich mistrzów”; „artystkę rychło jednak zaczyna nudzić grzeczne i salonowe malarstwo, w jaki zmienił się klasyczny, akademicki już postimpresjonizm. Coraz też większą falą wzbiera właściwa jej temperamentowi ekspresja”. Ostatnie obrazy maluje „coraz szerszymi i mocniejszymi uderzeniami pędzla, tak wyrazistymi, że obraz przypomina niekiedy w swych impastach relief”.
W niezwykle bogatym dorobku twórczym Romany Lipeż ważne miejsce zajmują oryginalne projekty witraży, wykorzystane do wnętrz sakralnych.
image_008.jpg
Kopki siana - 1951, olej, deska, 19,5 x 24 cm

Błogosławione szaleństwo...
Autoportret - lata 40. XX w., olej, deska, 35 x 25 cm
image_003.jpgPółtora roku temu, za sprawą kolegi, znalazłem się w pewnym krakowskim mieszkaniu, żeby obejrzeć obrazy malarki Romany Lipeż. I pomimo, że początkowo nie miałem na to ochoty, bo nie chciałem angażować się w jakiś nowy projekt, już po kilku sekundach zmieniłem zdanie. Od progu poraziło mnie, w najlepszym tego słowa znaczeniu - i miejsce, i obrazy, ich oszałamiająca ilość i jakość. Doznałem autentycznie głębokiego wzruszenia. Poczułem niekłamaną radość z kontaktu z tymi perełkami sztuki, tak niespodziewanie odkrytymi.
 Przez głowę przemknęła myśl - musiała być niesamowitą osobą, piękną i szaloną, i jak odważną. Czysty malarski kryształ! Jej życie, łatwo było to zauważyć, wyznaczały kolejne obrazy. Wszystko kręciło się wokół malowania i realizacji twórczych planów.
Niestety, nie mieliśmy aż tak dużo czasu, żeby przesiedzieć w tym magicznym miejscu cały dzień. Pobieżnie więc oglądaliśmy to, co się dało - bez przekładania i przenoszenia obrazów chociażby w lepiej oświetlone miejsce. I tylko w niewielkim wymiarze (w stosunku do całego zbioru), choć wokół stało, wisiało lub leżało na stołach całe mnóstwo obrazów. Co za śmiałość w malowaniu. Nieważne, czy na sztalugach w pokoju-pracowni artystka zmagała się z martwą naturą, czy w plenerze pracowała nad pejzażem podmiejskim, miejskim, czy w innym momencie, gdy zajmował ją czyjś portret lub scena rodzajowa, zawsze gotowa do walki, z takim samym głodem malowania.
Oczywiście dało się zauważyć wśród tych dzieł takie, które powstały jeszcze pod wyraźnym wpływem wielkich profesorów, ale też widać było podejmowane próby określenia siebie, szukanie własnej drogi twórczej. Ujawniało się to i w portretach, i pejzażach, i martwych naturach, malowanych śmiałymi uderzeniami i bezbłędnymi pociągnięciami pędzla, odważnymi impastami, kładzionymi z dynamiką i pewnością ręki, wręcz intuicyjnie. I tylko pozornie bez równoczesnej analizy problemów malarskich. Tak działa znakomity rzemieślnik, ktoś, kto wie (pomimo, że przecież nie wie!), co i dlaczego ma robić.
Kilka portretów i autoportretów, które oglądaliśmy, pokazywały, jak dokonywały się zmiany - od początkowych prób, image_005.jpgklasycznych, szkolnych, z poprawnym rysunkiem modela, lekko i swobodnie kładzionymi miękkimi przejściami kolorystycznymi z tonu w ton, do tych coraz bardziej „innych”, gdzie pozornie wszystko jest takie same - widzimy modela, rozpoznajemy go, ale nie ma już „głaskania farbą”. Jest za to jakaś nerwowość, czujemy tempo i dynamikę ruchów pędzla, artystka ściga się z sobą samą, jak biegacz na bieżni - ze zmiennym światłem, nastrojem, który wymyśliła i chce utrwalić, oddać tu i teraz. Podobnie jest z pejzażem, który, co widać, kochała malować. Z czasem jednak wycieczki w plener były jedynie pretekstem do zmierzenia się z pięknem natury po swojemu. Pejzaż był absolutnie ważny, nie mógł nie być, przestawał jednak cieszyć w tej podstawowej rozpoznawalnej dla każdego wersji. Stawał się więc pretekstem, który podlegał dążeniom „nowego demiurga”, stwarzającego swoją rzeczywistość na płótnie.
Poza zmianami w technice malowania, coraz bardziej odważnymi, zmienia się także podejście do koloru jako takiego. Częściej artystka wprowadza wyraźne kontrasty plam barwnych, czysty ostry kolor dominuje nad tym wyszukanym na palecie. Prace z ostatniego okresu wskazują na dążenie do abstrakcji w czystej formie. Ale żeby była jasność - nie bezmyślnego zarzucania płótna farbą. Co to, to nie! Romanie Lipeż chodziło o prawdziwą radość tworzenia, wolną od wszelkich konwenansów, poddaną jedynie wyobraźni twórcy. Kreować i opowiadać po swojemu piękno świata. Powiedzieć wszystko, co możliwe bez zbędnych ozdobników. Stąd zrozumiała z czasem niechęć do wczesnych prac, skądinąd bardzo dobrych rzemieślniczo i artystycznie, ale przecież ograniczających w jakiś sposób swobodę i niezależność .
Błogosławione szaleństwo niezwykłej, skromnej osoby (podobno życiowo niezaradnej), ale wspaniałej artystki o pięknej duszy, krakowskiego van Gogha, musiało być precyzyjnym planem Pana Boga wobec niej.

Autoportret z profilu - 1940, olej, tektura, 48 x 33,5 cm

benek homziuk
image_040.jpg
Portret Krystyny (Krystyna Paździora)

Autoportret w ciemnej sukni z koronką - 1943, olej, płótno, 58 x 44 cm
image_003.jpgRomana Lipeż (1917–2003)
—  sylwetka twórcza.
Tekst na podstawie rozmowy z malarką, przeprowadzonej w kwietniu 1996 roku.

Romana Lipeż już w pierwszym kontakcie objawia się jako autentyczna malarka. Jej bystre blade oczy ogarniają twarz przybyłego i nie ustają, aż myślowy szkic-projekt obrazu, portretu jest gotowy. Świat, jego wielorakość, kwiaty, drzewa i ludzie — wszystko to jest jednym wielkim i ciągłym wyzwaniem. Tym, co stale nawołuje do odzewu, tym nieznanym i wysokim przesłaniem, któremu można sprostać tylko sztuką. Namalować, poznać, kolorem określić, wizją dopędzić…
„Żyję wtedy, jak maluję” — mówi otwarcie. W tej nierozdzielności życia i sztuki pobrzmiewają echa dawnej i nie tak odległej przeszłości romantycznej artystycznych życiorysów. image_002.jpg
Świat barwnych linii i możliwość przedstawienia wszystkiego na rysunku były dla niej prawdziwsze, bliższe od potocznego życia i to zdominowało jej los i wyobraźnię. Świat ten był tą prawdziwą wolnością, w którą się czynem całego życia wierzy. I którą się dla siebie codzienną praktyką ocala.
Nic dziwnego, że Szkoła Handlowa nie absorbowała jej zbytnio. Jak sama przyznaje — „była stale w obłokach”, a nauczycielka mówiła: „Romka to prawdziwa artystka”. Rysunki, malarstwo nigdy nie schodziły z pierwszego planu. Z tego okresu pochodzą jej liczne autoportrety. Wiele prac się zniszczyło, z wielu sama zrezygnowała.
Szkoła Handlowa zdecydowanie nie była jej przeznaczona. Więc z porady i dzięki życzliwej pomocy cioci Jadwigi Birtusowej, matki znaczących później w dziedzinie sztuk plastycznych córek — Anny Seifert i Zofii Walczowskiej, a także Barbary Bobkowskiej, wstąpiła do Instytutu Sztuk Plastycznych w Krakowie, gdzie pobierała nauki rysunku, rzeźby i malarstwa z zakresu sztuki użytkowej. Naukę rozpoczętą w 1935 roku przerwała wojna, lecz dokończyła studia w czasie wojny, wcześniej specjalizując się u Zbigniewa Pronaszki w malarstwie dekoracyjnym. Z licznych profesorów instytutu wspomina Henryka Uziembłę, Alfreda Terleckiego oraz przyszłego jej pedagoga Eugeniusza Eibischa. Jarocki już po wojnie namówił ją do kontynuacji studiów na Akademii Sztuk Pięknych i tam, już na gruntownej podstawie, zaczęła się prawdziwa praca artystyczna. Nieprzerwany trud, wzloty i samokrytyczna refleksja autorska. Stały czyściec malarski. Korekty Jarockiego, Eibischa, później Hanny Rudzkiej-Cybisowej. Malarstwem bardzo przejmowała się. „Starałam się” — mówi.
image_005.jpgBardzo ostry zmysł samokrytyczny Romy łagodziły pochwały profesorów. Wyróżniała się także na rysunku wieczornym. Odznaczała się również wielką urodą i była powszechnie adorowana. Wielkiej urodzie towarzyszył jednak wielki dystans i niedostępność.
W kontakcie bardzo bezpośrednia — wyczekująca głównie rozmowy o malarstwie — Roma zaskakuje swoją szczerością. „Róż nie umiem malować” — mówi znienacka, wodząc oczami po swoim najwyraźniej spełnionym artystycznie obrazie z różami. „Każdy obraz powinien być inny” — dodaje.
I jest u niej każdy obraz inny, naznaczony inną porą roku, rytmem osobistego przeżycia, skądś podszepniętą wyobraźni stylizacją. „Ja zawsze myślę o malarstwie, czy to rano, czy wieczór, zawsze myślę o nowym obrazie”.
Dyscyplina stałego malowania, którą sobie wybrała, czy z którą się losem zaprzyjaźniła, oznaczała skupienie się i życie twórczą formacją w wyłączności. Skazywała niemal na wstrząsy przypadkowych kontaktów potocznej, „nieoświeconej sztuką” rzeczywistości. Nie lubiła także malować na zamówienie ani rozstawać się z już namalowanymi płótnami, marzyła aby jej obrazy znalazły się w jakimś muzeum.
Roma bez żalu odsunęła wszystko, co mogłoby ją oddzielać od tworzenia. Od stałego przebywania w świecie twórczej konieczności. „Tak widzę i wybieram kolor”, „forma jest zbudowana kolorem”. W malarstwie jest spadkobierczynią wielkiej tradycji polskich kolorystów, jej pedagogów (m.in. Hanny Rudzkiej-Cybisowej). Gdy ktoś wskazuje na widniejące na jej obrazie białe brzozy, z uśmiechem prostuje, jak przystało na wytrawnego mistrza: „nie są białe, mają jakiś kolor”.

Halszka Podgórska-Dutka

image_009.jpg

image_004.jpg

                   







                      Romanie Lipeż 


                           Niezwykła pasja   

                    Trudno w to uwierzyć
                    że pasja może być tak niezwykła.
                    Lecz czy ktoś widział kiedykolwiek
                    jakąś zwykłą człowieczą pasję?
                    A ta piękna kobieta
                    przebudzała się jedynie
                    do kreatywnego widzenia
                    i czynnej służby
                    artystycznej drogi
                   
                    Konkretami swych codziennych zadań
                    przechodziła niczym wyrafinowanymi
                    mostkami chińskich ogrodów
                    nad fosami małych ciągle napływających
                    doznań zmysłowych i obserwacji
                    Szlakiem w głąb     zabierała ich
                    całą świeżość i rozpalała ogień wnętrza
                    płodnej i umiejętnej wyobraźni
                   
                    Nie sama wkraczała w misterium płótna
                    którego finalna rzeczywistość
                    była bardziej spójna bliska i przekonywająca
                    niż wybieranych z życia inspirujących obiektów
                    A potem bez wytchnienia nakładała i zbliżała
                    nieograniczone sobą ani zamysłem wizji
                    pola oddziaływania koloru i formy
                    aż dojrzałe kunsztem kolorystycznej struktury
                    przeniknęły się sobą nawzajem budując
                    w niepowtarzalnym świadectwie obrazu
       

Halszka Podgórska-Dutka
image_010.jpg

O Romanie Lipeż malarce, tekst także napisał Jerzy Madeyski
 kliknij tutaj tekst opublikowano w Niecodzienniku Bibliotecznym 12 grudnia 2017 roku

image_011.jpg






















































image_001.jpg
image_002.jpg
image_004.jpg
image_006.jpg
image_007.jpg
image_008.jpg
image_009.jpg
image_010.jpg
image_011.jpg
image_012.jpg
image_013.jpg
image_014.jpg
image_015.jpg
image_016.jpg
image_017.jpg
image_018.jpgimage_020.jpg
image_019.jpgimage_021.jpg
image_023.jpg
image_022.jpgimage_024.jpg
image_025.jpg
image_026.jpg
image_027.jpgimage_028.jpg
image_029.jpg
image_030.jpg
image_031.jpg
image_032.jpg
image_033.jpg
image_034.jpg
image_035.jpg
image_036.jpg
image_037.jpg
image_039.jpg

< Poprzedni   Następny >
Kopiowanie zamieszczonych materiałów i ich wykorzystywanie bez zgody autorów jest zabronione 2002 - 2010. Wszystkie prawa zastrzeżone Niecodziennik Biblioteczny.